-10% na pierwsze zamówienie

darmowa wysyłka od 300 pln

Pytania? Napisz do nas na  lub info@rasppies.com

Wersje językowe
#wielookiemmamy Basi- Najpierw na dzień, potem na noc, a w końcu na wyjścia z domu, czyli kamienie milowe w wielopieluchowaniu. 0
#wielookiemmamy Basi

Najpierw na dzień, potem na noc, a w końcu na wyjścia z domu, czyli kamienie milowe w wielopieluchowaniu. Historia wielomamy.

Mam wiele życiowych ról. Bez wątpienia jednak najważniejszą z nich jest bycie mamą. Nic, co związane z dziećmi, nie jest mi obce, w końcu matkuję od 8 lat! W trzeciej ciąży byłam więc niemal pewna, że nie spotka mnie już żadne rodzicielskie zaskoczenie. Przecież miałam do bólu obcykane te wszystkie ząbkowania, kolki i plucie zmiksowaną marchewką. A jednak życie zrobiło mi niespodziankę i postawiło na mej matczynej drodze furtkę do świata wielopielo, którą otworzyła przede mną koleżanka z pracy. To był początek dużej zmiany
w podejściu do pielęgnacji naszego najmłodszego dziecka. Po kolei zdobywaliśmy kolejne szczeble wielokariery i tak trwamy już 8 miesięcy ;)

 

Ciąża

 

Moje początkowe podejście do wielopielo było bardzo zachowawcze. W okresie ciąży dominującym czynnikiem przemawiającym „za” wielopieluchowaniem była ekologia. Pamiętałam, ile pampersów zużywaliśmy przy Starszakach, i naprawdę chciałam to zmienić. Jednak po pierwszym zetknięciu z wielo (jeszcze „na sucho”) mocno zwątpiłam. Nie dość, że miałam ogromny mętlik w głowie, związany ze wszystkimi, wówczas dla mnie obcymi, pojęciami, to jeszcze wydawało mi się, że pranie i pielęgnacja pieluszek zajmie mi ogrom czasu. Zwyczajnie bałam się, że przy trójce małych dzieci nie podołam temu zadaniu. Żeby się niepotrzebnie nie zniechęcać, postanowiłam, że do szpitala jedziemy z jedno, a Wielkie Zmiany wdrożymy na spokojnie w domu.

Chciałam być do tego momentu przygotowana już wcześniej, więc końcówkę ciąży przeznaczyłam na gromadzenie wyprawki. Za radą mojej doświadczonej wielokoleżanki zaopatrzyłam się w tetrę, otulacze wełniane, formowanki, gatki i kilka AIO. Z radością odpakowywałam kolejne paczki. Doceniałam kunszt wykonania każdej pieluszki, ale skłamałabym, mówiąc, że już wtedy zapałałam entuzjazmem do wielopieluchowania. Niemniej wyprany wielostosik czekał na przyjście na świat swojej nowej właścicielki.

 

Okres noworodkowy i nasze pierwsze, nieudane podejście do wielo

 

Uff. Udało się. Nasz trzeci maluszek został bezpiecznie przywitany na świecie. Po powrocie do domu i kilku dniach potrzebnych na oswojenie się z nową sytuacją przyszła dobra pora na rezygnację z pampersów. Na pierwszy ogień poszła tetra zszyta w samolot i wełniany otulacz. Córeczka gotowa na przewijaku, no to zaczynamy! Tetra… Zawinięcie tego ustrojstwa na chudej dupce mojej Córki prawie mnie pokonało, ale dałyśmy radę. Trwało to strasznie długo, ale na szczęście modelkę mam cierpliwą. Przyszła kolej na otulacz… Zakładam pierwszy – za duży. Drugi – to samo! Podobna sytuacja z trzecim i czwartym. Tylko jeden jedyny okazał się jako tako otulać moją Drobinkę. Dumna z siebie odłożyłam Lidkę na drzemkę. Niestety, gdy się obudziła – był potop. W kolejnym podejściu spróbowałam ponownie, tym razem z noworodkowym AIO. Niestety sytuacja się powtórzyła. Zniechęciło mnie to do dalszych prób. Po przeanalizowaniu myślę, że zawiniły dwa czynniki.

  • Po pierwsze, źle dobrałam wyprawkę pod kątem rozmiaru. Bazowałam na doświadczeniach z synem (był czterokilogramowym, okrąglutkim noworodkiem). Lidka okazała się o ponad pół kilo lżejsza, za to o kilka centymetrów dłuższa. 
  • Po drugie, zabrakło mi doświadczenia. Na pewno można było coś poprawić w technice zakładania.

Świadoma, że dziecko w początkowym okresie życia bardzo szybko rośnie, nie zmieniałam ani nie uzupełniałam wyprawki. Odłożyłam wszystko na bok (parę razy nawet się zastanawiałam, czy nie sprzedać stosiku), czekając na kolejny dobry moment…

 

Pierwszy szczebel kariery wielorodzica, czyli pieluchowanie dzienne

 

Do ponownych testów dojrzałam po jakichś 6 tygodniach. Ciałko Lidki zdążyło nabrać krągłości. Ja w pełni wdrożyłam się w nową sytuację i szukałam zajęcia, które umili mi codzienną rutynę. Znowu zaczęłyśmy od standardu, czyli tetra i otulacz. Eureka! Nie tylko wszystko pięknie pasowało, ale też nie było przecieku – pewnie dlatego, że Córcia przestała spać cięgiem 3 godziny. Zmiana za zmianą, kolejne tetry i otulacze lądowały na pupci mojej Córci. Po wieczornej kąpieli ręka mi zadrżała przy zakładaniu pampersa, ale jednak nie zdecydowałam się na rozwiązanie wielorazowe. Bałam się przecieków i ewentualnej konieczności zmiany pościeli w środku nocy. Natomiast dzienne wielopieluchowanie spodobało mi się bardzo i weszło nam w krew na stałe! Właściwie z marszu przestaliśmy używać jednorazówek. Do systemu tetra + otulacz dołączyły kieszonki. Zdecydowałam się na to rozwiązanie, bo zaakceptował je mój Mąż i korzysta z niego podczas mojej nieobecności. Ja też cenię je za wygodę, łatwość w utrzymaniu w czystości (nie trzeba niczego zapierać ani uważać na temperaturę wody, jak w przypadku wełniaczków). Poza tym szybciej się zakłada, co ma ogromne znaczenie, gdy ruchliwy bobas nie ma akurat chęci na współpracę. Z kolei tak popularne AIO nie zagrzały u nas miejsca. Miałam wrażenie, że robią straszną „bułę”. Może trafiłam na niewłaściwe modele, a może rozmiar nie był idealnie dobrany? Nie wiem, ale póki co nie wracamy do tego systemu.

W wielopieluchowaniu najbardziej doceniłam kilka rzeczy:

  • Poprawa stanu skóry Lidki. Nigdy nie miała jakichś wybitnych problemów, ale teraz jest wręcz idealnie. Kremy poszły w odstawkę. Cenię sobie taki minimalizm; im mniej kosmetyków i zabiegów, tym lepiej.
  • Koniec ze smrodem. Nie wiem, jak przeżyłam to przy dwójce starszaków, ale jednorazówki tak strasznie śmierdzą, że naprawdę ciężko to wytrzymać.
  • Dbanie o pieluszki to łatwizna i wcale nie pochłania wiele czasu. Naprawdę, jak już sobie to w głowie poukładałam, to nic prostszego! Wrzucenie całości do pralki, przełożenie do suszarki, poskładanie i ułożenie w komodzie – wszystko razem dokłada mi może 15 minut pracy raz na trzy dni. Codzienne wyrzucanie śmieci przy jednorazówkach i chodzenie po nie do sklepu jest zdecydowanie bardziej czasochłonne.

Drugi szczebel kariery wielorodzica, czyli pieluchowanie nocne

 

Sen dziecka rzeczą świętą – powie Wam to każdy rodzic. Dbać o niego należy szczególnie, bo to nie tylko pora względnego luzu dla dorosłych, ale również czas, kiedy organizm malucha rośnie i regeneruje się. Jednym z elementów spokojnego snu jest zapewnienie malcowi uczucia suchości. Przyznam szczerze, że początkowo miałam duże obawy, czy pieluszki wielorazowe podołają temu zadaniu. Ale skoro tak fajnie nam szło w dzień, to trzeba było pójść za ciosem.

Myślę, że w wyborze odpowiedniego systemu pieluchowania nocnego kluczowy jest wiek dziecka. My zaczęliśmy, gdy Lidka miała około dwóch miesięcy, a co za tym idzie – często w nocy jadła, często (ale mało) siusiała, kupki też się zdarzały ;) Nie dało się więc przeskoczyć konieczności nocnego przewijania. Jako że na tym etapie nie była nam potrzebna duża chłonność, stosowaliśmy tetrę (z czasem wzmacnianą boosterem) i gatki. Uwielbiałam wtedy gatki z PUL-u – łatwiej było mi je utrzymać w czystości.

Lidka rosła, zmieniała się więc Jej fizjologia – spała dłużej, mniej jadła, przewód pokarmowy dojrzał i spowolnił swoją nocną pracę. To był dobry moment, żeby poszukać innych rozwiązań. Zamiast tetry wjechały formowanki. Na co zwróciłam szczególną uwagę? Oczywiście na chłonność – dążymy przecież do tego, żeby maluch przespał w niej całą noc. Po drugie, krój – moja córeczka jest szczuplutka, ma wąską budowę ciała. Używamy tylko zgrabnych pieluszek, kompletnie nie sprawdzają się u nas duże pakiety. Dlatego pokochałam (nie tylko na nocne pieluchowanie) wszelkie wkłady i formowanki z dodatkiem cudownego evo – nie tylko ładnie rozprowadzają wilgoć, ale też są cieniutkie. Rasspies w mojej opinii przoduje obecnie, jeśli chodzi o wieloprodukty z dodatkiem evo – w ich ofercie znajdziecie zarówno formowanki z tym materiałem, jak również boostery i wkłady.

Na tym etapie pieluchowania pożegnałam też gatki PUL, ich miejsce zajęły wełniaczki. Skończyły się nocne kupki, nie miałam więc w głowie wizji ciągłego prania wełny, a uważam, że są jednak przyjaźniejsze dla skóry dziecka. Powiem Wam, że to rozwiązanie nam się sprawdza i wytrzymuje spokojnie 11–12 godzin. Przyznam szczerze, że z radością pożegnałam te nocne zmiany pieluchy, bo zawsze wiązały się z totalnym rozbudzeniem i co najmniej godzinnym gadaniem i śpiewaniem panny Lideczki.

 

Trzeci szczebel kariery wielorodzica, czyli pieluchowanie „na wyjściach”

 

Skoro tak dobrze idzie nam w domu, to czy wielo sprawdzi się na spacerach? Któregoś dnia zadałam sobie to pytanie i stwierdziłam, że nie poznam na nie odpowiedzi, dopóki nie spróbuję. Córka była wtedy jeszcze malutka, więc nie potrzebowała dużej chłonności. Poza tym był środek zimy, koszmarna pogoda, więc nasze wyjścia z domu rzadko trwały dłużej niż godzinę. Uznałam więc, że nie muszę specjalnie zmieniać naszego domowego systemu, jednak żeby zachować margines bezpieczeństwa, zamiast tetry wybrałam formowankę i gatki, żeby zapewnić dziecku większą wygodę. Ten zestaw sprawdzał się u nas świetnie przez całą zimę i wczesną wiosnę. Właściwie dalej się sprawdza, z tym że wraz z poprawą pogody wydłużył się nasz czas przebywania na świeżym powietrzu. Teraz pakuję do torby dodatkową zmianę i po problemie. Podobnie szykuję plecak, gdy wychodzimy do znajomych albo gdy czeka nas wizyta u lekarza. Czasami, gdy wiem, że poza domem będę krócej albo że zmiana pieluchy nie będzie żadnym problemem, wybieram kieszonki, bo jednak w moim odczuciu (przez mniejszą objętość na pupie) są wygodniejsze niż formowanki.

 

Co jeszcze przede mną?

 

Na tym nie koniec. Nie przetestowałam jeszcze wielo w dalszych wyjazdach. Wiem, że spokojnie można, bo czytam historie i porady innych Mam. Czy się odważę? Czas pokaże, póki co pandemia mocno pokrzyżowała nam wszystkie plany wyjazdowe. Na pewno nie mówię kategorycznego „nie”, choć na pranie ręczne bym się nie zdecydowała. Sprawę na pewno ułatwia posiadanie suszarki bębnowej do dyspozycji. Uważam, że wolny czas, zwłaszcza na wyjeździe wypoczynkowym z dziećmi, można wykorzystać lepiej.

Tak właśnie wygląda historia (wciąż żywa, bo nie zamierzamy przestawać!) wielopieluchowania naszej 9-miesięcznej Córeczki. Pamiętajcie, że nie jest to model idealny (sama pewne rzeczy zrobiłabym dzisiaj inaczej) ­­– jedni rodzice rozpoczną swoją przygodę
w szpitalu, zaraz po narodzinach dziecka, inni po pierwszych urodzinach, a kolejni na stałe pozostaną przy systemie mieszanym.

Każda z tych dróg jest jednak piękna. Uważam, że radykalizm w żadnej dziedzinie nie jest dobry i poratowanie się jednorazówką na wakacjach czy w momencie spadku formy nie jest „przestępstwem”. Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że można pieluchować lepiej, inaczej – z korzyścią dla dziecka, domowego budżetu i naszej Planety.

 

 

 

Basia – z wykształcenia biolog i farmaceutka, z zamiłowania – autorka tekstów wszelakich. Szczęśliwa żona i potrójna mama, która przy najmłodszym Szkrabie odkryła świat wielopielo i przepadła w nim bez reszty. Mała Lidka, bo to Ona jest sprawczynią tego całego zamieszania, pieluszek wielorazowych używa od 6. tygodnia życia. W tym czasie nie zaliczyłyśmy żadnych spektakularnych kryzysów, za to z radością testujemy wszystkie nowinki, niektóre na stałe włączając do naszego stosiku, z innych zaś rezygnując. Kocham elegancką wełnę i piękne, kolorowe kieszonki PUL. Wszem i wobec zachwalam i zachęcam do stosowania pieluszek wielorazowych, licząc na to, że na dobre zagoszczą w świadomości polskich rodziców. I żałuję jedynie, że ja ten piękny świat odkryłam dopiero przy trzecim dziecku…

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium